Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magdalena Grzebałkowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magdalena Grzebałkowska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 marca 2014

Beksińscy. Portret podwójny, Magdalena Grzebałkowska

To nie tylko bardzo dobra biografia, to wspaniała, tętniąca emocjami powieść.
źródło okładki: http://www.znak.com.pl

Muszę zacząć od tego, że nie zaliczam się do pasjonatów malarstwa, obrazy podobają mi się lub nie, nie wnikam w definiowanie nurtów, motywów, technik. Nie słuchałam też audycji Tomasza Beksińskiego, dźwięki towarzyszą mi na co dzień, mam swoich faworytów, ale równie dobrze mogłabym żyć w świecie, w którym jedyną muzyką jest szum wiatru i śpiew ptaków. Książkę o Panach Beksińskich poleciła mi koleżanka, zobaczyłam błysk w jej oku, gdy o niej mówiła, poczytałam recenzje (wszystkie bardzo dobre) i pomyślałam – „czemu nie?”.

I aby zakochać się w tej książce, oddać się jej bez reszty nie trzeba być fanem Zdzisława lub Tomasza, wystarczy zacząć czytać. Od początku powieści Magdalena Grzebałkowska wprowadza czytelnika w świat artysty, świat, który wciąga i niepokoi, intryguje i zasmuca. W takim świecie żyje ojciec, w innym nie może żyć jego syn. Nie łatwo być Beksińskim, jeszcze trudniej być obok niego, dzielić z nim życie, współprzeżywać lęki.

Zdzisław Beksiński nie został stworzony do tego, żeby być przeciętnym człowiekiem, pracować na etacie, utrzymywać poprawne relacje z sąsiadami, zastanawiać się co kupić jutro na obiad. Nie był to człowiek, który potrzebowałby nazw i definicji, bo to co go kreowało nie mogło dać się zdefiniować. Kiedyś oglądałam film, który zaczynał się od cytatu „Mówić o miłości, to jak tańczyć o architekturze”. Ten cytat doskonale pasuje do Zdzisława i jego obrazów. Nie chciał mówić o inspiracjach, wzbraniał się przed nazywaniem swoich dzieł, nie chciał odzierać z sensu natchnienia urzeczywistnionego w obrazie, fotografii czy też rzeźbie. Oddawał się bez reszty temu co robił, cały czas chciał być doskonalszy niż jest, lepiej umieć i rozumieć, to czego się podjął. Wymagał wiele od siebie i od ludzi, którzy go otaczali. Życie z tak wybitną jednostką nie było łatwe, ale gdy już ktoś sięgnął po Beksińskiego, nie potrafił wyzwolić się od uzależniania w postaci tego co tworzył i tego kim był.

Syn takiego ojca nie mógł być inny, nie mógł być zwykły. Tomasz Beksiński – pełen wewnętrznego mroku, żyjący w swoim świecie, konsekwentnie kreowanym na własne potrzeby. Fascynuje i przeraża, przyciąga i wzbudza dystans. W dzieciństwie zamiast kotka czy pieska, ma koguty, które w końcu sam zanosi sąsiadce, aby ucięła im łby, gdy dojrzały do obiadu. Człowiek wielkich pasji, nawet jeśli kocha horrory, to kocha je całym sobą. A nade wszystko kocha muzykę, ona go otacza, stanowi sens tego co ma sens. A jednak w jego życiu cały czas czegoś brakuje, czegoś co powodowałoby, że chciałby żyć…

Tak powinny być pisane wszystkie biografie. Fakt, opisane postacie, emocje, które je tworzyły, słowa, które zostały tu powiedziane i te, których zabrakło pozwoliły autorce stworzyć niezwykłą opowieść, ale też nie bez znaczenia była tu jej dociekliwość, wrażliwość na historię, której się na półtorej roku oddała (bo tyle trwało napisanie tej książki). Bo często to co najważniejsze, to co tworzy historię to wcale nie są rzeczy wielkie, to nie jest jeden niezwykły obraz, jedno niepowtarzalne wydarzenie, a cały repertuar szczegółów i szczególików, detale jak te koguty, o których wspomniałam, wstręt do sportu, a może dzieci, jedno niepotrzebne zdanie, albo rozmowa, której zabrakło. Autorka zwraca uwagę właśnie na takie szczegóły, nie tylko opisuje życie Beksińskich, ona je na nowo przeżywa.

Moja ocena: 5/6    

nRelate All Blog Sections