Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 lipca 2014

Intryga małżeńska, Jeffrey Eugenides

Po lekturze „Przekleństw niewinności”, które zawładnęły moimi emocjami bez reszty poprzeczka zawieszona została bardzo wysoko. Niestety „Intrydze małżeńskiej” nie udało się nawet do niej doskoczyć.

Jeffrey Eugenides to pisarz na wskroś amerykański (mimo że o grecko-irlandzkich korzeniach).  Nie musi pisać gdzie dzieje się akcja, aby czytelnik bezbłędnie rozpoznał amerykańskie domki z białym płotkiem, ulice Nowego Yorku, czy też college i ich absolwentów. Podoba mi się język, jakim się posługuje, jak dobiera słowa, jak z ich pomocą buduje klimat, tworzy bohaterów. Podoba mi się to, że po przeczytaniu jednej książki Eugenidesa, czytając drugą, czułam, że to ten sam autor, miałam wrażenie, że nawet gdyby książka nie była podpisana mogłabym pisarza rozpoznać, mimo że nie zdradzał go wybór tematu, a po tym chyba rozpoznać najłatwiej.

A jednak czegoś zabrakło. Nie porwała mnie historia Madeleine, Leonarda i Mitchella. Mimo że jest to historia emocjami przesiąknięta. Madeleine traci głowę dla Leonarda i nie zmienia się to nawet wtedy, gdy okazuje się, że Leonard zaczyna tracić rozum, wpada w depresję, odtrąca ją, aby później tęsknić i pragnąć, aby znów przy nim była. I chociaż Madeleine mogłaby być spokojna i szczęśliwa u boku zakochanego w niej bez pamięci Mitchella, chłopaka idealnego, wiernego, oddanego, zapatrzonego w nią jak w obrazek, wybiera jutro pełne niepewności u boku chłopaka, którego nie do końca rozumie, który czasem ją niepokoi, ale który fascynuje ją jak nikt wcześniej. Młodzi bohaterowie (bo dopiero co skończyli college) gubią się w swoich emocjach i pragnieniach, nie jest im łatwo odnaleźć swoje miejsce na drodze ku dorosłości. A może dorosłość przyszła do nich za wcześnie, może nie byli na nią przygotowani? Może dlatego ostatecznie każdy z nich w momencie kryzysowym szukał ratunku, schronienia, opieki pod dachem domu rodzinnego, u boku rodziców, którzy jeszcze jakiś czas temu byli obiektem ich buntu. I dopiero tam powoli, jeszcze raz, w jakże bezpiecznym i komfortowym środowisku, próbują odnaleźć siebie.

Nie napiszę, że to zła książka, ale niestety zabrakło pomiędzy nami chemii. Nie tęskniłam za kolejną wolną chwilą, którą mogłabym jej poświęcić. Nie będę czule wspominać bohaterów, nie będę o nich opowiadać moim najbliższym książkożercom. I chociaż Eugenides pisze dobrze, zasługuje na to, aby go czytać, czytać i czytać, to nie podbił mnie tą historią. I trochę mi z tego powodu smutno, bo chciałabym móc zachwycić się jeszcze raz, tak jak przy pierwszym spotkaniu z jego twórczością. Bo „Przekleństwa niewinności” to było mistrzostwo, nadal gdzieś tam tkwią w mojej głowie, chociaż lektura już tak dawno skończona.

Moja ocena: 3/6    

niedziela, 15 czerwca 2014

Momo, Michael Ende

Magiczna opowieść dla dzieci, a jednocześnie niezwykle mądra i bardzo współczesna książka dla dorosłych. O przyjaźni, oddaniu, sile wyobraźni, a przede wszystkim o tym ile znaczy nasz czas, kto i jak próbuje go nam odebrać i jakie są tego konsekwencje.

źródło okładki: http://www.znak.com.pl
Momo pojawia się znikąd i zamieszkuje w starym amfiteatrze. Ubiera się w za dużą marynarkę, żyje z dnia na dzień, a okoliczni mieszkańcy troszczą się o nią jak mogą i na ile ona sama im na to pozwala. Przychodzą do niej, żeby porozmawiać, podzielić się swoimi troskami, kłopotami, bo jakoś tak się dzieje, że przy Momo nawet bardzo trudne sprawy znajdują swoje rozwiązanie. Dzieci w jej towarzystwie wymyślają najróżniejsze zabawy, będące prawdziwą ucztą wyobraźni. Świat Momo to świat magii, wszechobecnego dobra i spokoju, gdzie wszystko ma swoje miejsce, swój czas, swój porządek. I tak właśnie jest dobrze. Tak powinno być. Dzieci mają czas na zabawę, dorośli na rozmowę, bycie razem, pełne przeżywanie każdego dnia.

Ale wszystko co dobre szybko się kończy. W miasteczku pojawiają się szarzy panowie. Okradają dorosłych z czasu, zaprzęgając ich do pracy, która nigdy się nie kończy, a dzieci pozbawiają wyobraźni, podsuwając zabawki z konkretną instrukcją obsługi czy też zmuszając je do zabaw, w których nie ma już miejsca na fantazję, tworzenie nowych światów. Wraz z szarymi panami pojawiły się reguły, zasady, instrukcje i presja wykonania każdego zadania w konkretnym czasie, w określony sposób, aby nie zmarnować ani sekundy. Bo nagle oszczędzanie czasu stało się priorytetem. I nie ma już miejsca na pogaduchy z przyjaciółmi, spacer bez celu, zabawę do utraty sił. Jest tylko ciągły pęd z punktu do punktu. I spostrzegasz, że w tym nowym świecie nie słychać dziecięcego śmiechu, a dorośli nie kłaniają się sobie nawzajem. W tym nowym świecie wszystko stało się smutne.

I jedyną osobą, która może uratować świat przez szarymi panami jest Momo. Przy pomocy żółwicy Kasjopei wyrusza w podróż do Domu Nigdzie, poznaje Mistrza Horę i podejmuje wyzwanie swego życia. Bo ceną w walce, do której stanie jest czas na radość, na zabawę, na bycie z kimś bliskim. Przydałaby się nam czasem taka Momo…

Polecam wszystkim tę książkę. Tym małym, a chyba jeszcze bardziej tym większym. Bo tak dużo szarych panów wokół i tak mało sił, aby z nimi powalczyć. A wygrywając czas, zagarniają o wiele więcej. I czasem zdarza się tak, że już nie pozostaje nic co ważne, co ma sens, co miało być nagrodą za ofiarowany czas, bo stało się jego ceną. Warto przeczytać i może coś wykreślić w kalendarzu, żeby coś więcej zyskać.

Moja ocena: 5/6 

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Widnokrąg, Wiesław Myśliwski

To gdzie jestem, decyduje kim jestem. To co we mnie, za sprawą tego, co wokół mnie. I gdzie się nie ruszę, jak daleko nie ucieknę z jednego miejsca w drugie, zawsze ja i świat wokół mnie, i nie ma mnie bez niego. Jak w lustrze, w swoich oczach, w swoich myślach, w swoim każdym kroku widzę mój własny widnokrąg.

źródło okładki: http://www.znak.com.pl
To moje czwarte spotkanie z Myśliwskim i już nie mam żadnych wątpliwości, tego uczucia nie da się pomylić z żadnym innym – znowu się zakochałam. I pragnę smakować każde jego słowo, cieszyć się każdym zdaniem i zachłannie krzyczeć „chwilo trwaj”, gdy już coraz mniej stron do końca opowieści.

Widnokrąg” to opowieść utkana z emocji i wspomnień. Głównym jej bohaterem jest Piotr, ale Piotr nie byłby tym kim jest, gdyby nie jego ojciec i matka, dziadkowie, wujkowie i ciotki. I o nich też jest ta historia. I jeszcze o kolegach Piotra z czasów młodości i tych, które młodość poprzedzały. I jeszcze o dziewczynach i kobietach, które obserwował ukradkiem wkraczając w świat, w którym ciekawość tej przeciwnej płci stawała się z każdym dniem coraz większa. I w końcu o tej jednej, której spoglądał w oczy już całkiem odważnie, bo i ona patrzyła tylko na niego.

Historia rozpoczyna się od fotografii. A spojrzenie na fotografię, przywołuje wspomnienia. I jedno wspomnienie przechodzi w kolejne, obraz niedzielnego obiadu, do którego zasiadał z rodzicami, dziadkiem, babcią, wujkiem Władkiem, wujenką Martą, wujkiem Stefanem i wujenką Jadwinią, z obowiązkowym kogutem do podziału pomiędzy wszystkich wymienionych, zastępuje scena, w której chyba po raz pierwszy w życiu wybrał się na spacer z ojcem. To też była niedziela. A już po chwili przypomina sobie jak to wypasał krowy, pod czujnym okiem najlepszego psa-przyjaciela o imieniu Kruczek. A właśnie, czy wujek Władek w końcu dopadł tego drania, który okaleczył Kruczka, czy po rozmowie z burmistrzem już zrezygnował z szukania winnego i porzucił pragnienie wymierzenia sprawiedliwości? Piotr dobrze pamięta pogrzeb burmistrza. A jeszcze lepiej pogrzeb ojca. I panny Ponckie w czarnych woalkach, ocierające łzy białymi chusteczkami. To właśnie panny Ponckie nauczyły go tańczyć tango. Tango, którego nie udało mu się zatańczyć na tym pamiętnym szkolnym balu. Tym, na którym była ona – Anna. I tym, podczas którego tak się spił. A matka nienawidziła alkoholu, ojciec zresztą też. To przez alkohol opuścił dom ojca (dziadka Piotra) i postanowił poszukać swojego miejsca na ziemi. Dla rodziny którą założył. A nie tak łatwo znaleźć, to czego się szuka. Kiedyś cały dzień i całą noc Piotr szukał zgubionego przez siebie buta. Właściwie to matka szukała, a on tylko snuł się za nią, jak własny wyrzut sumienia. Bo jak zgubić buta? I to jeszcze przed zimą. I skąd tu wziąć na nowe? Takie to były ciężkie czasy. Ale trudny czas kształtuje wielki charakter. Nawet jeśli nie ukształtuje wielkiego człowieka, to na pewno obdarzy go silnym duchem i sercem, które kocha, pamięta, czuje! I nie umknie mu nic co warte odnotowania, i zapamięta każdy dotyk, każdą myśl, każde słowo i gest, które zasługują by trwać. Bo właśnie one tworzą nasz widnokrąg, ten który zawsze przed nami, za nami, wokół nas, bez względu na to, jakiej drogi byśmy nie wybrali.

Próżno szukać w tej powieści jakichś super-bohaterów czy przygód mrożących krew w żyłach i zapierających dech w piersiach. To nie jest kino akcji, to nie tania sensacja. To opowieść utkana z prostych słów i ludzkich emocji. Tak bliskich nam na co dzień. I właśnie dzięki temu porusza. Bo ważne, że płynie z serca, a więc i do serca trafia. Ja po skończonej lekturze, poczułam na policzku łzę, a potem następną... Bo prawdziwe piękno, zawsze mnie wzrusza.

Moja ocena: 6/6

sobota, 17 maja 2014

Taft, Ann Patchett

Wspaniale być czytelnikiem wolnym, mogącym samodzielnie odczuwać, oceniać, przeżywać. Bez skrępowania interpretacjami opracowanymi przez mądrzejszych, bez obowiązku przyjmowania na słowo, że ten i ów wielkim pisarzem był, a powieść przez którą brniesz, jak po grudzie, to wybitne dzieło i już. Wspaniale móc powiedzieć „szału nie ma”, podczas gdy szaleje tak wielu.

źródło okładki: http://www.znak.com.pl
John marzenia o zostaniu wielkim perkusistą porzucił na rzecz stałej pracy. Znalazł ją w barze i co wieczór patrzył, jak inni dążą do realizacji marzeń, z których zrezygnował. Zrobił to, bo takie były oczekiwania kobiety, z którą miał dziecko, z którą nie chciał być,  a jak już zmienił zdanie, ona nie chciała mieć obok siebie niego. John zgubił gdzieś to co w życiu najważniejsze, przegapił miłość, zlekceważył ją, gdy była tak blisko. I może z tęsknoty za tym uczuciem, poczuł coś znowu, w najmniej oczekiwanym momencie, do najmniej odpowiedniej osoby.

Fay pojawiła się w jego życiu całkiem zwyczajnie, po prostu przyszła do baru, bo szukała pracy. Zastanawiał się czy powinien ją przyjąć, czy nie jest za młoda – wyglądała na góra 17 lat, taka delikatna, drobna, niewinna.… czasem człowiek jest za młody, aby pić alkohol, ale okazuje się, że jest wystarczająco dojrzały, żeby robić wiele innych rzeczy. Szczególnie w młodym wieku łatwo zbłądzić, gdy tak niewiele dróg zdążyło się poznać, a głód poznania sprawia, że biegniesz od drogi do drogi i w końcu zapominasz, gdzie chciałeś dotrzeć.

Między Fay i Johnem rodzi się uczucie. I jest to relacja skomplikowana nie tylko ze względu na różnicę wieku czy kolor skóry. John ma syna z kobietą, której nie potrafił dać miłości, a która przyszła, gdy pojawiło się dziecko. Dla niej to było jednak za późno i teraz Johnowi pozostały jedynie odwiedziny u jej rodziców w leniwe niedzielne popołudnia, „rodzinny” obiadek i papierosek wypalony z niedoszłym teściem w tajemnicy przed niedoszłą teściową. Bo oni cały czas marzą, że córka i wnuk będą mieli rodzinę jak z obrazka, a tylko Johna na nim brakuje. Fay natomiast ma brata. Cóż, wydawałoby się, że rodzeństwo to nie taki znowu problem, ale gdy mowa o Carlu, słowo problem, samo nasuwa się na usta. Poza tym, Fay niedawno straciła ojca i ból po tej starcie jest chyba silniejszy niż sama zdaje sobie z tego sprawę. Może to ten ból i tęsknota za jego opieką, popychają ją w kierunku Johna. Może to zmarnowana szansa w przeszłości, sprawia, że John bierze ją w ramiona. I gdy zamyka ją w swoim uścisku, czuje, że ta historia nie może przynieść im nic dobrego. I ma rację.

Podczas lektury czułam, że wydarzy się coś złego. Czułam, że będzie miał w tym udział Carl, że pomimo uśmiechniętej twarzy i chęci pomocy, którą deklaruje, siedzi w nim coś mrocznego. Czułam, że to wyjdzie i zaatakuje, chociaż nie przeczuwałam kiedy i jak. I to było w tej książce dobre, to sprawiało, że chciałam czytać dalej. I to w zasadzie tyle. Jeżeli to była opowieść o roli ojca, to niestety nie poczułam tych emocji. Jeżeli to była historia o miłości, to tych emocji było jeszcze mniej. Jak dla mnie to była opowieść o zwykłych szarych ludziach, którzy oszukują siebie i innych, nie wiedzą czego chcą, co jest dla nich dobre i jak nie postąpić źle wobec innych. To opowieść o ludziach, którzy nie zastanawiają się nad konsekwencjami. A one będą się odbijały czkawką w ich późniejszym życiu. Któryś z bohaterów na pewno miał wzbudzić moja sympatię, ale bycie młodą, śliczną dziewczyną o smutnych oczach czy przystojnym, niespełnionym perkusistą o dobrym sercu to trochę za mało.  Czepiam się, a w gruncie rzeczy książka jest dobrze napisana. Zabrakło mi tylko w niej celu. A może to ja go nie odnalazłam? Nie wiem do jakich refleksji miała mnie skłonić ta opowieść. Moja krytyka wynika z tego, że nie skłoniła do żadnych, a chyba coś takiego na celu miała. Plus za język i za Carla.

Moja ocena: 3/6

niedziela, 16 marca 2014

Beksińscy. Portret podwójny, Magdalena Grzebałkowska

To nie tylko bardzo dobra biografia, to wspaniała, tętniąca emocjami powieść.
źródło okładki: http://www.znak.com.pl

Muszę zacząć od tego, że nie zaliczam się do pasjonatów malarstwa, obrazy podobają mi się lub nie, nie wnikam w definiowanie nurtów, motywów, technik. Nie słuchałam też audycji Tomasza Beksińskiego, dźwięki towarzyszą mi na co dzień, mam swoich faworytów, ale równie dobrze mogłabym żyć w świecie, w którym jedyną muzyką jest szum wiatru i śpiew ptaków. Książkę o Panach Beksińskich poleciła mi koleżanka, zobaczyłam błysk w jej oku, gdy o niej mówiła, poczytałam recenzje (wszystkie bardzo dobre) i pomyślałam – „czemu nie?”.

I aby zakochać się w tej książce, oddać się jej bez reszty nie trzeba być fanem Zdzisława lub Tomasza, wystarczy zacząć czytać. Od początku powieści Magdalena Grzebałkowska wprowadza czytelnika w świat artysty, świat, który wciąga i niepokoi, intryguje i zasmuca. W takim świecie żyje ojciec, w innym nie może żyć jego syn. Nie łatwo być Beksińskim, jeszcze trudniej być obok niego, dzielić z nim życie, współprzeżywać lęki.

Zdzisław Beksiński nie został stworzony do tego, żeby być przeciętnym człowiekiem, pracować na etacie, utrzymywać poprawne relacje z sąsiadami, zastanawiać się co kupić jutro na obiad. Nie był to człowiek, który potrzebowałby nazw i definicji, bo to co go kreowało nie mogło dać się zdefiniować. Kiedyś oglądałam film, który zaczynał się od cytatu „Mówić o miłości, to jak tańczyć o architekturze”. Ten cytat doskonale pasuje do Zdzisława i jego obrazów. Nie chciał mówić o inspiracjach, wzbraniał się przed nazywaniem swoich dzieł, nie chciał odzierać z sensu natchnienia urzeczywistnionego w obrazie, fotografii czy też rzeźbie. Oddawał się bez reszty temu co robił, cały czas chciał być doskonalszy niż jest, lepiej umieć i rozumieć, to czego się podjął. Wymagał wiele od siebie i od ludzi, którzy go otaczali. Życie z tak wybitną jednostką nie było łatwe, ale gdy już ktoś sięgnął po Beksińskiego, nie potrafił wyzwolić się od uzależniania w postaci tego co tworzył i tego kim był.

Syn takiego ojca nie mógł być inny, nie mógł być zwykły. Tomasz Beksiński – pełen wewnętrznego mroku, żyjący w swoim świecie, konsekwentnie kreowanym na własne potrzeby. Fascynuje i przeraża, przyciąga i wzbudza dystans. W dzieciństwie zamiast kotka czy pieska, ma koguty, które w końcu sam zanosi sąsiadce, aby ucięła im łby, gdy dojrzały do obiadu. Człowiek wielkich pasji, nawet jeśli kocha horrory, to kocha je całym sobą. A nade wszystko kocha muzykę, ona go otacza, stanowi sens tego co ma sens. A jednak w jego życiu cały czas czegoś brakuje, czegoś co powodowałoby, że chciałby żyć…

Tak powinny być pisane wszystkie biografie. Fakt, opisane postacie, emocje, które je tworzyły, słowa, które zostały tu powiedziane i te, których zabrakło pozwoliły autorce stworzyć niezwykłą opowieść, ale też nie bez znaczenia była tu jej dociekliwość, wrażliwość na historię, której się na półtorej roku oddała (bo tyle trwało napisanie tej książki). Bo często to co najważniejsze, to co tworzy historię to wcale nie są rzeczy wielkie, to nie jest jeden niezwykły obraz, jedno niepowtarzalne wydarzenie, a cały repertuar szczegółów i szczególików, detale jak te koguty, o których wspomniałam, wstręt do sportu, a może dzieci, jedno niepotrzebne zdanie, albo rozmowa, której zabrakło. Autorka zwraca uwagę właśnie na takie szczegóły, nie tylko opisuje życie Beksińskich, ona je na nowo przeżywa.

Moja ocena: 5/6    

poniedziałek, 24 lutego 2014

Cudowne życie Edgara Minta, Brady Udall

„Gdybym musiał powiedzieć o swoim życiu tylko jedno zdanie, powiedziałbym to: kiedy miałem siedem lat, listonosz najechał mi na głowę. W hierarchii wydarzeń kształtujących osobowość nic nie może się z tym równać (…)”. 

źródło okładki: http://www.znak.com.pl
Tak rozpoczyna się historia, którą Brady Udall ironicznie zatytułował „Cudowne życie Edgara Minta”. I rzeczywiście życie Edgara obfitowało w najróżniejsze cuda i przypadki – przeżył bliskie spotkanie z kołem furgonetki, liczne obrażenia głowy, które regularnie następowały po tym wypadku, również nie skutkowały poważniejszymi konsekwencjami, nawet samobójczy skok w przepaść nie pozbawił Edgara życia ani nie uczynił go kaleką. Cud? Przypadek? Te dwa pytania jak echo pobrzmiewają w całej powieści.

Dzieciństwo Edgara obfitowało w wydarzenia, które naprawdę hartują ciało i charakter. W wieku siedmiu lat ulega tragicznemu wypadkowi, który, o dziwo, nie pozbawia go życia, ale rodziny. Uzależniona od piwa matka i zdziwaczała babka uznają, że Edgar nie mógł przeżyć wypadku (wszakże wszyscy widzieli jak krew tryskała mu uszami) i po prostu o nim zapominają. Wydawałoby się to niemal niemożliwe, ale Edgar wraca do zdrowia. W otoczeniu szpitalnego personelu oraz zdecydowanie posuniętych w latach pacjentów odzyskuje siły, a jedyne zauważalne  konsekwencje wypadku to moczenie się w nocy oraz niezdolność odręcznego pisania, dlatego też od tej pory każdą myśl utrwala pisząc na maszynie. Zresztą słowo pisane niezmiernie go fascynuje, czytanie tekstów powypisywanych na ścianach toalet staje się jego pasją. Kolejną jest kolekcjonowanie rzeczy pozornie niepotrzebnych (takich jak np. kostka toaletowa czy kamyk, który wypadł mu z głowy).

Nie będę zdradzać szczegółów, ale droga życia Edgara nie jest usłana różami, wypadek z pocztową furgonetką to tylko początek przygód, w których trudno oczekiwać „happy endu”. I zastanawiam się tylko czy więcej pecha ma Edgar, czy ci którzy się z nim stykają. Bo sam Edgar wychodzi w wielu opresji cało, a ból który niesie to ten doświadczony przez kogoś bliskiego obok. Z całej tej historii płynie jednak jedna ważna myśl – można znieść wszystko, jeśli w oddali widzi się jakiś sens swego istnienia, trzeba mieć powód, żeby być silnym czy żeby po prostu być. Koniecznie trzeba mieć taki powód.

Od pierwszej strony zaczarował mnie sposób opowiadania tej niecodziennej historii. Cieszę się, że narrator nie próbował chwytać czytelnika za serce i odwoływać się do głosu jego sumienia, a opowiedział losy Edgara pół żartem pól serio, groteskowo, pozwalając sobie na czarny humor. Nie mogłam oderwać się od lektury, czytałam ją w każdej wolnej chwili, jednak gdy dotarłam do końca, poczułam, że czegoś mi w niej zabrakło… Zaczęłam zastanawiać się co to takiego i zrozumiałam, że zabrakło mi sympatii dla głównego bohatera, a przecież to o niego w tej historii chodziło. Z zainteresowaniem obserwowałam co się jeszcze wydarzy w życiu Edgara, ale uczucia, prawdziwe emocje wyzwalały we mnie osoby, które go otaczały. Podobał mi się Cecil i jego siła charakteru, rozumiałam Mózga, jego potrzebę zaznaczania swojego terenu, swojego ja, współodczuwałam ze zbuntowaną i zagubioną Sunny. Nawet doktor Barry Pinkley na swój sposób trafił do mojego serca, poczułam jego desperację, smutek, samotność. W swoim nędznym życiu udało mu się dokonać czegoś wielkiego – waląc z całych sił w klatkę piersiową dzieciaka, którego przejechała furgonetka, uratował mu życie i uczepił się tej historii, postanowił już zawsze roztaczać nad tym dzieciakiem swój parasol ochronny, czy będzie on tego chciał czy też nie, niezależnie od tego czy drugi raz będzie w stanie kogoś ochronić, bo przecież nie potrafił ocalić samego siebie.

Edgar, chociaż to jego niezwykła historia jest tematem powieści, nie jest tak zajmującą postacią. Cały czas czekałam co złego go jeszcze spotka, zastanawiałam się jakie nieszczęścia będą charakteryzowały kolejny etap w jego życiu, ale to ludzie, którzy go otaczali interesowali mnie przede wszystkim. Nie wiem czy taki był zamiar autora, czy Edgar miał być tylko marionetką, którą doświadcza los, a prawdziwe emocje rodzą się obok niego. Warto jednak zapoznać się ze światem, który otaczał Edgara, bo Brady Udall opisuje go wyśmienicie. 

Moja ocena: 4,5/6

piątek, 21 lutego 2014

Nasze rozstania, David Foenkinos

O trudach bycia razem i nieradzeniu sobie z byciem osobno.

źródło okładki: http://www.znak.com.pl
Na początku myślałam, że będę miała do czynienia z historią na kształt „Love Story” Segala, ona – panienka z dobrej rodziny, gładkie włosy, spódnica za kolano, on – syn hipisów, bez sprecyzowanych planów na przyszłość, z fryzurą, której nie sposób ułożyć. Okazało się jednak, że mało konserwatyzmu w postawie rodziców Alice i nie za dużo hipisostwa w rodzicach Fritza, to nie oni mieli stać na drodze wspólnego szczęścia i finalnego „żyli długo i szczęśliwie”.  Nic nie stało na przeszkodzie, żeby Alice i Fritz byli razem oprócz nich samych.

„Nasze rozstania” to historia wprost idealna do przeniesienia jej na ekran kina. Powroty i rozstania, wyznania miłości i zdrada tuż za rogiem, kłótnie pełne pasji i pasja kochania. Do tego atrakcyjni i młodzi bohaterowie (a nawet jak już posunęli się w latach, to wyszło im to pięknie). W tle związki innych ludzi i z innymi ludźmi. Dobrze się na to patrzy, historia jest prosta w odbiorze, nie pozostawia nieładu w głowie, po napisach końcowych można spokojnie zająć się przyziemnymi sprawami bez obaw, że nie poradzimy sobie z myślami po przeżytym katharsis.

Powieść Davida Foenkinosa to lektura łatwa, lekka i przyjemna, nawet zaskakująca momentami, więc źle nie jest. Jeżeli ktoś oczekiwałby czegoś więcej to nie będzie usatysfakcjonowany, ale poszukujący odpoczynku w towarzystwie nieangażującej, ale jednak literatury, powinni być zadowoleni. Bo powieść jest napisana dobrze i tak też się ją czyta. Nie razi sentencjonalizmem, bohaterowie dają się lubić, nie poczułam mdłości od słodyczy wyciekającej z każdej strony pełnej miłości i niemożności życia bez niej. Bo w sumie tej miłości nie było tu tak dużo. Alice i Fritz niby sobie przeznaczeni, dobrani na zasadzie bliźniaczego uzębienia (a konkretnie bliźniaczych trójek), a jednak więcej tu jedności ciał niż dusz. Podobnie wyglądają inne związki, po których autor prześlizgnął się w swojej opowieści. Jeżeli musiałabym się czepiać, to właśnie tego – po skończonej lekturze miałam wrażenie, że opowiadający historię gdzieś się bardzo śpieszył i zrobił to szybko, nie wnikając w szczegóły, a nad niektórymi wątkami można było pochylić się dłużej. Przede wszystkim chętnie poznałabym bliżej Alice, podobał mi się też motyw ze sprzedażą krawatów i bardzo dobrze wprowadzony wątek Iris, któremu można było poświęcić jeszcze trochę uwagi. Nie rozumiem dlaczego ktoś, kto umie pisać (a będę upierać się przy tym, że tak jest) nie pozwolił sobie, a przede wszystkim swojemu czytelnikowi, na rozsmakowanie się w słowie i w utkanej z tego słowa opowieści.

Mam problem z książkami tego typu, zazwyczaj zamiast przy nich odpocząć, wylewam siódme poty, bo męczy mnie ich szablonowość. Z tą na szczęście tak nie było. Foenkinos pisze dobrze i nawet jeśli spod jego pióra wyszła historia jakich wiele, coś jednak uczyniło ją wyjątkową i właśnie przez wzgląd na to coś nie żałuję wieczoru z Alice i Fritzem.

Moja ocena: 3.5/6

nRelate All Blog Sections